środa, 1 czerwca 2016

"Po prostu wyszłam, za mężczyznę, którego kocham" - sesja Mary dla Vogue'a

Przygotowałam dla Was fragment książki "Vogue. Za kulisami świata mody" Kirstie Clements, z którego dowiedzie się o kulisach pierwszej sesji Mary dla Vogue'a. Zróbcie sobie herbatę i zapraszam do lektury.
 "Naczelna kobiecego pisma po prostu nie może się oprzeć pewnym historiom. Śledziłam kiełkującą miłość między młodą Australijką Mary Donaldson a Fryderykiem, księciem koronnym Danii, którzy poznali się w Slip Inn podczas olimpiady w Sydney w 2000 roku. Podobno chcąc zachować anonimowość, książę przedstawił się Mary jako Fred. Zakochali się w sobie do szaleństwa. Oboje latali w tę i z powrotem między Kopenhagą a Sydney, aż pod koniec 2001 roku pojawiły się doniesienia o tym, że Mary po cichu przeprowadziła się do Danii. Związek był ewidentnie poważny, a być może dziewczynę przygotowywano już do następnego etapu.
Była to prawdziwa bajka, spełnienie fantazji każdej kobiety, nawet takiej cynicznej republikanki jak ja, o zostaniu księżniczką. W naszej redakcji Kimberley Walsh miała istną obsesję na punkcie Mary. Założyła sobie w komputerze folder "Mary", który trzymała na pulpicie, i codziennie rano przeczesywała Internet w poszukiwaniu jej zdjęć.
Pewnego dnia przy herbacie razem z Kimberley i Leigh Ann ogladałyśmy różne fotografie Mary, dywagując nad tym, jak onieśmielające mogą być lekcje królewskiej ogłady, kiedy stwierdziłam:
-Pewnie tęskni za ojczyzną, Wyślijmy jej prenumeratę "Vogue'a Australia".
Leigh znalazła dane kontaktowe duńskiego pałacu królewskiego, a Kimberley z przejęciem zapakowała najnowszy numer w białą bibułkę, przewiązała naszą firmową wstążką i wysłałą do Mary. I tak co miesiąc.
Czasem wkładałam do środka kartkę z wypisaną odręcznie dedykacją, ale nie zawsze. Ekspediowanie nowego numeru do Mary stało się naszym rytuałem, a jednocześnie Leigh Ann zaczęła delikatnie dowiadywać się oficjalnymi pałacowymi kanałami o możliwość przeprowadzenia z Mary wywiadu do "Vogue'a".
Trwało to ponad rok, aż wreszcie w październiku 2003 roku ogłoszono zaręczyny. Leigh Ann zwiększyła wysiłki, ale nie dostała od pałacowych urzędników zdecydowanej odpowiedzi ani na tak, ani na nie. Królewski ślub odbył się w maju 2004roku i cieszył się w Australii ogromnym zainteresowaniem. Większość ślubów aż tak mnie nie wzrusza, ale historia tej pary, która przypadkiem znalazła miłość w zwykłym australijskim pubie, podziałała na mój dziennikarski instynkt jak kocimiętka na kota.
Kilka miesięcy wcześniej poleciałam do Kopenhagi na zaproszenie luksusowej duńskiej marki Georg Jensen, aby zwiedzić ich atelier i wziąć udział w uroczystej kolacji odbywającej się w Galerii Narodowej. W wyjeździe uczestniczył także mój przyjaciel, również dziennikarz piszący o modzie, Tim Blanks. Pewnego chłodnego popołudnia zafundowano nam rejs po porcie, połączonym z oglądaniem Amalienborg - rezydencji duńskiej rodziny królewskiej, złożonej z czterech pałaców stojących wokół dużego placu w centrum Kopenhagi.
Właśnie zaczęła się zmiana warty, więc razem z Timem przepchnęliśmy się do przodu, żeby lepiej widzieć jej przebieg. Popatrzyłam w górę na jeden z pałacowych balkonów i wyobraziłam sobie, że gdzieś  tam w środku siedzi Mary na lekcji duńskiego.
-Wiesz - powiedziałam do Tima - pewna piękna dziewczyna z Tasmanii imieniem Mary ma wyjść za księcia Korony. O rany, jak ja strasznie chcę, żeby "Vogue" o tym napisał.
Tim odparł z właściwą sobie swadą:
- Czyżbyś myślała: "To ja powinnam być na jej miejscu"?
Muszę przyznać, że przemawiała do mnie cała ta romantyczna otoczka, ale najbardziej na świecie pragnęłam znaleźć się w pałacu i przeprowadzić wywiad z Mary.
- Zdobędę ten materiał, możesz mi wierzyć - oświadczyłam Timowi, po czym opatuliwszy się szczelniej szalikami, chroniącymi przed lodowatym wiatrem, ruszyliśmy z powrotem na statek.

*****
Po królewskim ślubie obsesja Kimberley na punkcie księżnej przybrała imponujące rozmiary. Leigh Ann nadal dzielnie wysyłała e-maile do pałacu, ale postanowiłyśmy podejść do sprawy poważnie i zwiększyć naciski. Napisałyśmy e-maila do Mary, sugerując, że jest to idealny moment, aby pokazać ją na początku nowej drogi w roli księżnej Danii: stworzymy fotograficzny obraz tego niezwykłego etapu w jej życiu. Sypałyśmy nazwiskami najlepszych fotografów jak z rękawa. Odzewu nie było.
W któryś piątek koło osiemnastej kręciłam się po swoim gabinecie, zbierając się do domu. Reszta zespołu już wyszła. Zerknęłam na zegarek i uświadomiłam sobie, że to idealna pora, żeby zadzwonić do Danii. Leigh Ann udało się zdobyć bezpośredni numer do lorda szamberlana, który wystukałam teraz bez większych nadziei. Ku mojemu zaskoczeniu podniósł słuchawkę.
Pośpiesznie zebrałam myśli, przedstawiłam się i z pokorą wyłuszczyłam swoją sprawę. Szambelan odparł na to życzliwie:
- A, dzień dobry. Tak. Wiem, o co chodzi. Rozmawiałem dziś rano z księżną. Powiedziała, że chciałaby to zrobić.
Tak jak wtedy, gdy lekarz mi oznajmił, iż będę mieć bliźniaki, pomyślałam, że się przesłyszałam.
- Słucham? - zająknęłam się, usiłując zachować spokój - Powiedział pan, że księżna chce to zrobić?
- Zgadza się, musimy tylko dopasować terminy - odparł.
Nie mogłam w to uwierzyć. Mary nie udzieliła dotąd żadnego wywiadu, nie pojawiła się w żadnym piśmie. Ona i Fryderyk byli jedną z najbardziej olśniewających i jednocześnie najusilniej dbających o prywatność par królewskich na świecie. Zupełnie niebywała rzecz!
Pamiętam, że po odłożeniu słuchawki krzyknęłam "Yeeeessssss!" w głąb pustego korytarza, a potem zadzwoniłam do Leigh Ann i Kimberley, żeby przekazać im radosną wieść. Poinformowałam też Micheala McHugh i trzeba mu zapisać na plus, że przyłączył się do ogólnej euforii. Projekt nie miała być tani, więc McHugh musiał go sprzedać właścicielowi FPC Michaelowi Hannanowi jako sposób na potencjalnie ogromny wzrost nakładu.
 Kluczowe było też utrzymanie wszystkiego w tajemnicy, żeby nie zepsuć efektu, kiedy pismo już się ukaże. Nigdy tak się nie stresowałam, jak przez ten czas poprzedzający wyjazd do Kopenhagi, i w rezultacie wylądowałam u lekarza.
Kiedy zostałam naczelną "Vogue'a", właściwie przestałam pisać, ponieważ czułam, że przede wszystkim powinnam być przywódczynią, a tworzenie treści zostawić zespołowi, jeśli jednak miał powstać artykuł na istotny aktualny temat albo o szczególnie ważnej personie, uważałam za sensowne, żebym to ja była jego autorką. Brakowało mi poza tym pisania i chciałam zwłaszcza tę historię przedstawić czytelnikom osobiście.
Zaangażowałam do projektu stylistę Trevora Stonesa, który już wcześniej współpracował z "Vogue'iem", i zaczęliśmy ustalać kwestie logistyki. Wybranym fotografem był Regan Cameron, który zaplanował przylot z Nowego Jorku razem ze swoim zespołem. Księżna Mary poprosiła, żeby makijażem zajął się jej wizażysta Soren Hedegaard. Fryzjer Jonathan Connelly miał przyjechać skądś z Europy, a Trevor i ja szykowaliśmy się na podróż do Kopenhagi z Sydney. Ekipa była kameralna - żadnych manikiurzystek, asystentek manikiurzystek ani astrologów.
Sesję zaplanowano na wrzesień, przed pokazami pret-a-porter w Mediolanie. Trevor poprosił wszystkich projektantów, którzy przysłali nam ubrania, o zachowanie tajemnicy. Zupełnie jakbyśmy przeprowadzali tajną operację. Dzień przed naszym planowanym odlotem, kiedy się pakowałam, zadzwonił do mnie Micheal McHugh. Myślałam, że chce mi życzyć powodzenia, ale on zapytał, czy moim zdaniem FPC może sobie pozwolić na pokrycie kosztów całego przedsięwzięcia. Zapoznał się już wcześniej z budżetem projektu, wiedział, że ograniczyliśmy koszty do minimum. To pytanie trzeba było skierować raczej do Micheala Hannana, ale McHugh dzwonił po to, żeby za pięć dwunasta obarczyć mnie całkowitą odpowiedzialnością za wszystkie konsekwencje - nie tylko finansowe. Nie mogliśmy ogłosić, że na okładce pojawi się księżna Mary, więc nasi reklamodawcy musieli nam zaufać, ze mamy w zanadrzu coś wyjątkowego. Była to jednak okazja jedyna w swoim rodzaju i wiedziałam, że numer będzie się sprzedawał jak świeże bułeczki. Rozmowa z MacHugh tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że muszę zrobić wszystko, by był to prawdziwie niezapomniany projekt.

Polecieliśmy z Trevorem do Kopenhagi,  zatrzymaliśmy się w hotelu Angleterre i odezwaliśmy się do Anji Camilli Alaidi, naszej osoby kontaktowej w pałacu, osobistej asystentki księżnej Mary. Anja była młodą atrakcyjną brunetką, która w dżinsach i kozakach wygląda bardzo luzacko, ale okazała się prawdziwą profesjonalistką. Wieczorem zebraliśmy się w trójkę w hotelowym barze, gdzie czekaliśmy na fotografa  Regana Camerona, by omówić planowany przebieg wydarzeń. Następnego dnia miałam przeprowadzić wywiad z księżną w pałacu, a potem razem z Trevorem uzgodnić z nią kwestie ubrań do sesji, porobić przymiarki, dokonując wstępnej selekcji. Rega powinien w tym czasie poszukać w pałacu odpowiednich miejsc do zdjęć. Fotograf pochodził z Nowej Zelandii, a mnie zdarzyło się z nim pracować na początku mojej kariery w "Vogue'u Australia" głównie podczas sesji do działu urody, na których byłam asystentką. Przez te lata Regan zdobył sławę za granica i niestety nabrał manier nowojorskiej gwiazdy.
Wszedł leniwym krokiem do baru, przywitał się ze wszystkimi, po czym oświadczył, że wraca do swojego pokoju.
- Możecie wszystko uzgodnić z moim asystentem - rzucił przez ramię, podczas gdy jego współpracownik usiadł przy stoliku. Anja popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.
- Co on powiedział? - zapytała gniewnie - Dokąd on poszedł!? Nie, nie, nie. Mówimy o księciu i księżnej Danii! - Natarła na asystenta: - Idź po niego i powiedz, że ma w tej chwili wracać, inaczej z sesji nici.
Wzbudziła tym moje uwielbienie. Na ogół to ja muszę się wdawać w takie przepychanki.
Regan zrozumiał powagę sytuacji i wrócił natychmiast. Od tej chwili współpracowało nam się bardzo dobrze.
Następnego dnia służba pałacowa przyjechała do hotelu samochodami terenowymi i przewiozła nas do znajdującego się nieopodal pałacu Christiana VIII. Byliśmy z Trevorem tak podekscytowani, że niemal wbiegliśmy w podskokach po wyłożonych czerwony dywanem schodach. Następnie przeszliśmy do poczekalni znajdującej się obok głównej sali balowej. Tu poinstruowano nas w kwestii obowiązującego protokołu: do Mary mamy się zwracać "księżno koronna Mary" lub "Wasza Wysokość", chyba że sama zaproponuje coś innego, a także przepuszczać ją przodem przy wchodzeniu i wychodzeniu z danego pomieszczenia (oczywiście podobnie jak każdego innego członka rodziny królewskiej, z jakim możemy się zetknąć). O ukłonach nie było mowy, chociaż dygałabym z radością; uwielbiam tę pompę i ceremonie.
Nagle do sali weszła szybkim krokiem Mary, ubrana w beżowy kaszmirowy sweter, ołówkową spódnicę i pantofle na wysokim obcasie i z promiennym uśmiechem podała mi rękę. Trevor zniknął, a my usiadłyśmy przy stole, żeby przeprowadzić wywiad przy popołudniowej herbacie. Księżna była spontaniczna, bezpośrednia i rozbrajająco szczera, chętnie się śmiała i wyglądało na to, że ta rozmowa jej się podoba. Odmówiła odpowiedzi tylko na jedno pytanie, mianowicie: w jakich okolicznościach Fryderyk jej się oświadczył. Wszystkie inne kwestie traktowała z całkowitą otwartością.
Mam cały zeszyt z zapisem tego wywiadu i kiedy go przeglądam, widzę, że znaczna jego część nie zmieściła się w artykule, bo tak długo gadałyśmy. Mary była niezwykle życzliwą rozmówczynią. Z początku tak się denerwowałam, że bałam się podnieść porcelanową filiżankę z herbatą, myśląc, że będą trzęsły mi się dłonie, ale po dziesięciu minutach czułam się, jakbym rozmawiała z przyjaciółką.
Czas naszego spotkania szybko zleciał, konwersacja w naturalny sposób się zakończyła, a wtedy wrócił do nas Trevor, gotowy na przymiarki ubrań. Pojawiła się Anja ze szkatułą z biżuterią i rozłożyła kilka sztuk na kredensie. Nie ma to jak zostać ot tak, mimochodem, zaproszonym prze księżną Danii do przejrzenia wraz z nią klejnotów koronnych - może coś nam się spodoba. Zaniemówiliśmy z Trevorem z wrażenia.
Mary ma fantastyczną figurę i chociaż wiele ubrań, które przywieźliśmy, było w rozmiarach modelek haute couture, pasowały na nią jak ulał. Wyglądała tak uroczo, że Trevor zapomniał na chwilę, że ma do czynienia z członkinią rodziny królewskiej i w pewnym momencie położył obie dłonie na jej szczuplutkiej talii, mówiąc: "Wyglądasz bosko, kochana". Uświadomiwszy sobie od razu faux pas, przeczuwając, że może właśnie naraził się na ścięcie w stylu Gry o tron, wykonane ręką Anji, odwrócił się na pięcie i spojrzał na mnie z przerażeniem i zgrozą - ale Mary jego gafa zupełnie nie obeszła.
Pożegnaliśmy się, wróciliśmy do hotelu, zamówiliśmy martini, żeby uczcić tę niezwykłą okazję, i zadzwoniliśmy do mamy Trevora w Wangaratta, by omówić ze szczegółami wydarzenia dnia.
[...] Podczas rozmowy z Anją w barze wspomniałam mimochodem, że gdyby książę Fryderyk miał ochotę w dowolnym momencie wpaść na sesję, będziemy zachwyceni. I oczywiście, jeśli chciałby znaleźć się na zdjęciu, na pewno moglibyśmy to załatwić. W naszej korespondencji nigdy nie padło choćby słowo na temat księcia, ale zamieszczenie w piśmie fotografii, na których pojawiłby się u boku swojej świeżo poślubionej żony, miałoby dla nas ogromne znaczenie i podkreśliło intymność sesji. Przedstawiłam ten zamysł tak, jakby nie było to nic wielkiego, a Anja odparła, że udział Fryderyka raczej nie będzie możliwy, ale żeby zostawić to jej.
Następnego dnia zebraliśmy się w ogromnej sali balowej w pałacu Christiana VII, należącego do kompleksu Amalienborg. W rogu zainstalowano stanowisko do makijażu i układania fryzury, a Soren i Jonathan zajęli się Mary. Była przyjacielska i rozgadana, podobnie jak pracownicy służby pałacowej, którzy co jakiś czas krzątali sie po pomieszczeniu. Regan rozstawił sprzęt, a ja, ponieważ nie miałam wiele do roboty, kręciłam się bez celu po sali. Nagle bardzo miła administratorka zapytała, czy chciałabym obejrzeć pokój prezentowy. Mieścił się w innej sali balowej, zapełnionej stosami podarunków ślubnych z całego świata. Patrzyłam na to zadziwiona
- Phi- machnęła ręką administratorka. - To tylko jakaś jedna dziesiąta.
Po czym orzekła, że powinnam zobaczyć pokój Flora Danica.
Zaprowadziła mnie tam. Było to przestronne pomieszczenie zastawione gablotami i półkami z przecudowną królewską porcelaną Flora Danica z XVIII wieku. Na jego krańcach znajdowały się dwie ogromne, rzeźbione marmurowe misy z wielkimi złotymi kranami.
- To tu urządzamy kolacje dla premiera. Dawniej z tych kranów leciało wino - wyjaśniła z dumą moja przewodniczka. - Może pani pochodzić po pałacu, jeśli sobie pani życzy - powiedziała. - radzę obejrzeć słynne arrasy.
Zostałam sama i błąkałam się po komnatach, podziwiając dzieła sztuki, meble i antyki oraz zapierające dech w piersiach zabytkowe arrasy. Czułam się jak w niebie.
W końcu wróciłam do główne sali balowej, żeby sprawdzić postępy ekipy. Regan ustawił już sprzęt oświetleniowy, a Trevor ubrał Mary w pierwszy strój - czarną dopasowaną sukienkę od Prady. Księżna wyglądała olśniewająco, ale w pewnej chwili zauważyliśmy, że wyraźnie drży ze zdenerwowania. Owszem, wyszła za księcia i została członkinią eropejskie rodziny królewskiej, ale nadal była młodą kobietą na pierwszej w życiu sesji do"Vogue'a" i chciała wypaść jak najlepiej. Stanęłam z boku, dopingując ją krzepiącymi uwagami i zaczęliśmy sesję.
Podczas jednej z przerw odeszłam w kąt sali, żeby podziwiać podnóżek czy coś innego, kiedy nagle Mary zawołała mnie po imieniu.
- Chodź - powiedziała, przyzywając mnie ruchem dłoni do okna. Otworzyła je i obie wychyliłyśmy się na dziedziniec.  - Popatrz, zmiana warty.
Byłam w pałacu Christiana VII w Danii, stojąc obok księżnej Mary i obserwując tłum zgromadzonych na dole. Właśnie z tego samego placu, kilka miesięcy wcześniej, razem z Timem Blanksem spoglądaliśmy w górę, wyobrażając sobie "co by było,gdyby?". Kilka osób z tłumu spostrzegło Mary i zaczęło entuzjastycznie machać. Poczułam gęsią skórkę na karku.Nie mogłam uwierzyć, że udało mi się tu dostać. Wystarczył pomysł, wizytówka "Vogue'a" i mnóstwo wytrwałości, z razem z zespołem urzeczywistniliśmy wielkie marzenie. Sądzę, że ta chwila mogła być punktem kulminacyjnym w całej mojej karierze.
Jeśli wydawało mi się, ze nic nie przebije tego momentu, to byłam w błędzie. Chwilę później podeszła do mnie Anja i powiedziała"
- A, właśnie, rozmawiałam z Fryderykiem. Przyjdzie na sesję i pozwoli wam zrobić jedno czy dwa zdjęcia. W co ma się ubrać?
Schowaliśmy się z Trevorem w miejscu wydzielonym na garderobę i wydaliśmy okrzyk radości, po czym wzięliśmy się w garść, wróciliśmy do Anji i rzuciliśmy swobodnie:
- Ach, po prostu w dżinsy i białą koszulę.
Jakiś czas potem do sali wszedł książę Fryderyk z przerzucona przez ramię świeżo wypraną białą koszulą w plastikowym pokrowcu z pralni i przenośnym odtwarzaczem CD. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest taki przystojny. Mary rozpromieniła się na jego widok. Fryderyk był uosobieniem czaru. Mary nie tylko znalazła sobie księcia, ale w dodatku towarzyskiego przystojniaka i byłego komandosa. Właściwie wygrała główną nagrodę na małżeńskiej loterii.
Fryderyk szybko przebrał się w koszule, włączył odtwarzacz i podszedł do żony. Salę balową wypełniły dźwięki piosenki BB Kinga, a książęca para zaczęła tańczyć we wpadających przez otwarte okno promieniach słońca, jakby to było najnaturalniejsza rzecz na świecie. Regan pstrykał z zapamiętaniem, koniecznie chcąc uchwycić tę niezwykłą chwilę, kiedy Fryderyk pochylił się i ucałował żonę w czoło. Oszaleliśmy z Trevorem z zachwytu i wzruszenia. Możliwe, że się popłakałam. Właśnie na coś takiego miałam nadzieję: intymny moment miedzy księciem a księżną, którzy są w sobie bardzo zakochani.

Sfotografowaliśmy jeszcze książęcą parę na zewnątrz, spacerującą pod rękę, i zakończyliśmy dzień zdjęciowy. Położyłam się spać, mając świadomość, że najważniejsze zdjęcia mamy zrobione. Teraz czekała nas twórcza przygoda.
Następnego dnia sesja miała się odbyć za miastem, w pałacu Fredensborg, głównej rezydencji królowej i księcia małżonka, gdzie także mieszkali Fryderyk i Mary. Regan chciał, żeby na jednym ze zdjęć pojawił się koń, pojechaliśmy więc do królewskich stajni, żeby poszukać odpowiedniego kandydata. Był to swoisty koński casting.
Żadna ze mnie ekspertka, ale nigdy nie widziałam tak wspaniałych i imponujących koni jak te.  Znajdowały się tu także dziesiątki wytwornych królewskich karoc sprzed stuleci, w tym maleńkie karety dla dzieci. Wpatrywałam się w nie jak urzeczona i trzeba mnie było odciągać stamtąd siłą.
Kiedy Trevor, Soren i Jonathan przygotowywali księżną do sesji, wybrałam się w towarzystwie sympatycznego pałacowego stróża na spacer po zachwycających ogrodach, aż do przystani. W rezydencji przebywała królowa Małgorzata II, która jak nam wspomniano, mogła być w oranżerii, ale my mieliśmy robić zdjęcia w ogrodach i nie wchodzić do głównego pałacu.
Staliśmy pod drzewem, gawędząc z Reganem, który do nas doszedł, kiedy nadjechał SUV ciągnący olbrzymią przyczepę dla koni.
- A, to właśnie koń do zdjęcia. Duży z niego zwierzak - powiedział stróż.
Koniowi wyraźnie nie podobało się w zamknięciu, bo przyczepa zaczęła się gwałtownie kołysać i dobiegało z niej stanowcze rżenie.
Czekaliśmy dość długo, aż wreszcie podjechał drugi samochód, z którego wysiadła księżna Mary w  szałowej sukni od Jeana Paula Gaultiera i kapeluszu z szerokim rondem, ozdobionym długim piórem.
Spojrzałam z przestrachem na trzęsącą się przyczepę. Wydobywające się z niej odgłosy brzmiały niepokojąco. Co za jakąś potworną bestię wybrali!? Na szczęście Mary była dobrą amazonką, jeszcze zanim poznała Fryderyka. Umiejętność jazdy konnej bardzo się przydaje każdemu, kto planuje zostać członkiem którejś europejskiej rodziny królewskiej, gdyż polowania najwyraźniej wciąż są tu de rigueur. Królewski koniuszy usiłował otworzyć drzwi przyczepy, które niewidoczny dla nas ogier starał się roznieść w pył kopytami. Zwierzę wypadło na zewnątrz, rozdymając chrapy.
Wydawało mi się, że staje dęba i bucha z pyska ogniem, błyskając dziko żółtymi ślepiami, ale chyba odrobinę poniosła mnie wyobraźnia. W każdym razie wyglądał, jakby miał dziesięć metrów wysokości, i był absolutnie przerażający. Śmiertelnie boję się koni - chyba dlatego nigdy nie było mi przeznaczone zostać księżną.
Natychmiast uciekłam i schowałam się za najbliższym drzewem, zaciskając mocno oczy. Mary zajrzała do mojej kryjówki.
- Boisz sie koni, Kirstie? - roześmiała się.
Koń wierzgał i tłukł kopytami o ziemię, a księżna Mary zmierzała prosto w jego stronę. Wyglądał równie zachęcająco jak pluton egzekucyjny.
Nie, Mary! Nie rób tego, nie daj się zmiażdżyć pod kopytami demonicznego konia, musimy jeszcze zrobić dzisiaj trzy sesje!, wołałam desperacko w myślach.
Nawet królewscy ochroniarze - jak na ironię, też pochowani za drzewami - wyglądali na lekko zaniepokojonych. Ale Mary po prostu podeszła do tego monstrum, schyliła głowę i dał mu powąchać swój kapelusz, aż stopniowo bestia się uspokoiła. Najwyraźniej Mary jest nie tylko księżną koronną Danii, ale także zaklinaczką koni.

Na tym jednak nie koniec atrakcji. Po skończonej sesji z koniem z piekła rodem Regan poprosił o krzesło, które chciał ustawić na trawniku i posadzić na nim Mary.
- Jakie to ma być krzesło? - dociekał stróż.
- A jakie pan ma? - zapytałam niewinnie.
- To może pójdzie pani ze mną i jakieś wybierze? - zaproponował.
Ruszyliśmy w stronę głównego pałacu i weszliśmy do mniejszego budynku, stojącego trochę z boku. Stróż poprowadził mnie na górę po kamiennych schodach. Zatrzymaliśmy się przed dużymi drzwiami. Wydaje mi się, ze wyjął z kieszeni wielki, pordzewiały klucz, ale może znów trochę koloryzuję. Przeniosłam się do świata baśni Hansa Christiana Andersena. Gdyby na popołudniową herbatkę wpadła Calineczka, wcale bym się nie zdziwiła.
Stróż otworzył drzwi i oznajmił:
- Proszę bardzo. Pokój krzeseł. 
Miałam przed sobą ogromny magazyn zapełniony tysiącami foteli, stołków i szezlongów - część była w idealnym stanie, inne wymagały naprawy. Między nimi poutykano bele oryginalnych materiałów obiciowych. Meble miały po kilkaset lat, niektóre stały w królewskich pałacach w początkach panującej dynastii. W tych czterech ścianach rozbrzmiewały echa historii. Jestem pewna, że gdyby Tory Collison, miłośniczka antyków, zobaczyła te skarby zemdlałaby z wrażenia.
- Są tu inne takie pokoje? - jęknęłam słabo.
- Tak - odparł stróż. - Ze stołami, porcelaną, z lampami.
Reszty już nie słyszałam, zajęta rozpływaniem w zachwycie nad boską osiemnastowieczną satynową otomaną. Nigdy w pełni nie doszłam do siebie po odwiedzinach w królewskim magazynie krzeseł.
Ekipa zrobiła przerwę na lunch. Mary zaprosiła nas na kanapki do przylegającego do kuchni pokoju w jej prywatnych apartamentach, gdzie ponownie dołączył do nas Fryderyk. Stwierdzenie, że czuliśmy się zupełnie normalnie, jedząc lunch i gawędząc z księżną i księciem koronnym Danii w ich dom, brzmi absurdalnie, ale właśnie tak gościnni i zwyczajni są to ludzie. Po lunchu Fryderyk zaproponował, że pokaże Reganowi i mnie swoją kolekcję luksusowych samochodów. Entuzjaści motoryzacji będą na mnie wściekli, bo zupełnie nie interesuję się autami i nie pamiętam, jakie
 marki i modele z dumą prezentował nam książę. Warto jednak wspomnieć, że ma swój własny dystrybutor paliwa.

Późnym popołudniem wróciliśmy do ogrodu, żeby zrobić księżnej jeszcze jeden portret. Część ogrodów we Fredensborgu jest otwarta dla zwiedzających, a kiedy mijający nas turyści uświadamiali sobie, kogo widzą, uśmiechali się i machali do księżnej jak szaleni, zwłaszcza dzieci. Mary podchodziła do tego ze spokojem i prawdziwą pokorą.
"Tak naprawdę nie zrobiłam nic, żeby zasłużyć na to całe zainteresowanie - wyznała mi poprzedniego dnia w wywiadzie. - Po prostu wyszłam za mężczyznę, którego kocham."
Tego popołudnia wykonaliśmy fotografię, która trafiła na okładkę: niepozowane ujęcie Mary na tle bujnych jesiennych duńskich lasów, w satynowej sukni w kolorze królewskiej purpury, z przypiętą na środku broszką z klejnotów koronnych.
Po zrobieniu ostatniego zdjęcia zostaliśmy ponownie zaproszeni do rezydencji książęcej pary, a Fryderyk otworzył szampana, wznosząc toast za sukces sesji. Chciałam, żeby ten dzień nigdy się nie skończył.

[...] Przez następne kilka tygodni byłam z księżną Mary w stałym kontakcie, bo musiała ona zaakceptować zdjęcia i autoryzować mój artykuł. Nic nie zmieniła w tekście i nie kryła zadowolenia z wszystkich fotografii oprócz jednej, na której, jak uważała, jej twarz dziwnie wyszła. Nic podobnego, ale Mary miała wątpliwości i nie chciała zgodzić się na publikację tego zdjęcia.Termin nas gonił. Trwała wymiana zdań między mną a Mary, e-mailowo i przez telefon. Wyretuszowaliśmy zdjęcie, ale ona ciągle się opierała. Pewnego popołudnia, kiedy wracałam do domu, zadzwoniła moja komórka.
- Dzień dobry, księżno Mary - powiedziałam do telefonu, zjeżdżając na pobocze w podmiejskiej dzielnicy Kingsford. Rozmowa z księżną na zatłoczonej Gardeners Road wydawał mi się nieco niestosowna.
- Nadal nie podoba mi się to zdjęcie. Jestem na nim niepodobna do siebie  - oświadczyła. 
Nie zgodziłam się z nią, oczywiście uprzejmie.
- Mam obsesję na tym punkcie, prawda? -zaśmiała się. - Każ mi po prostu być cicho i jakoś to przeboleć.
I tak oto powiedziałam księżnej koronnej Danii, że ma mi zaufać. Przestała protestować.
Grudniowy numer z 2004 roku, ze zdjęciem Mary w fioletowej satynowej sukni i klejnotach królewskich na kładce, odniósł spektakularny sukces. Cały nakład wykupiono na pniu, mimo że został zwiększony do około osiemdziesięciu tysięcy egzemplarzy. Na eBayu numer sprzedawano po sto dolarów, jeszcze zanim zniknął z kiosków. Księżna Mary poprosiła o odbitki fotografii, chcąc wręczać je jako gwiazdkowe upominki. Później co miesiąc przesyłaliśmy jej numer "Vogue'a", a kiedy w 2005 roku urodził się pierwszy syn książęcej pary, Christian, postanowiłam kupić mu prezent.
Mając w pamięci salę balową, zapełniona po sufit podarunkami, mimo wszystko udałam się do sklepu Adrienne&The Misses Bonney w Doubley Bay i wybrałam przepiękny ręcznie wyszywany kocyk, obramowany wzorem w króliki w czerwonych (czerwień to królewska barwa Danii) satynowych spódniczkach. "Kazałam uszyć ten kocyk z myślą o dziecku księżnej Mary" - powiedziała kobieta za kontuarem, a mnie nie udało się wykrztusić słowa.
Po kilku tygodniach przyszedł do mnie napisany własnoręcznie przez księżną list z podziękowaniami: "Christian uwielbia ciągnąć króliki za spódniczki". Kocyk naprawdę trafił do maleńkiego księcia. Prawdziwe bajkowe zakończenie".

PS Pojawiły się sugestie, iż w czasie ostatniego pobytu Mario Testino wykonał on zdjęcia księżnej dla Vogue'a. mam nadzieję, że te plotki okażą się prawdą


11 komentarzy:

  1. Przepiękne zdjęcia. Zaraz czytam tekst :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam książkę jest świetna :) Nie mniej jednak Twój post sprawił mi dużo przyjemności. Najbardziej podobał mi się fragment jak Kristie zobaczyła księcia i ta jej reakcja.
    Zdjęcia są piękne, kocham te Mary i Frederika <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam tą książkę. Zazdroszczę tak wspaniale spędzonych dni w towarzystwie księżnej :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam nadzieję, że te plotki okażą się prawdą :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Fantastyczny i bardzo ciekawy tekst!

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny tekst. Czyta się z zapartym tchem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetny tekst, bardzo mi się podobał

    OdpowiedzUsuń
  8. Kiedyś czytałam ten wywiad po angielsku, a teraz czytać go ponownie po polsku to jeszcze większa przyjemności. Kawał świetnej roboty.
    To moja ulubiona sesja Mary.

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetny tekst, ale autorka ma szczęście.

    OdpowiedzUsuń
  10. Cudowna historia ... fragment, w którym Frederic dołącza do Mary, ta biała koszula ... prawie jak Christian Grey i Anastasia ;) poniosło mnie, wiem... Ale Frederic, król Filip z Hiszpanii i Carl Philip to byli moi ulubieńcy

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się mój blog ? Chcesz wyrazić swoją opinię ? Masz pytanie ? A może chcesz mnie po prostu uszczęśliwić ? Zostaw komentarz i wywołaj uśmiech na mojej twarzy ;)

Jednak pamiętaj wszystkie obraźliwe komentarze będą niezwłocznie usuwane.

Pozdrawiam Administratorka bloga